Theme Layout

Boxed or Wide or Framed

Theme Translation

Display Featured Slider

Featured Slider Styles

Display Trending Posts

Display Instagram Footer

Dark or Light Style

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Sponsor

Search Blog

Featured Slider

About Me

Popular Posts

About Me

Marihuana? Haszysz? Czyli o tym czego spróbować w Lizbonie



Szliśmy ścisłym centrum Lizbony pośród setek ludzi. Słońce powoli chowało się za horyzontem. Mijaliśmy mieszankę kultur i języków. Mijaliśmy drogie sklepy i żywe homary w restauracyjnych oknach. Mijaliśmy Lizbonę rozglądając się na boki. Staliśmy na głównej ulicy tuż przed bramą miasta, zbliżając się do wielkiego łuku. Ale zanim zrobiliśmy te kilka kroków, zanim znaleźliśmy się u brzegu Tagu, kilkakrotnie ktoś nas zaczepił, składając dziwną propozycję. 
Bo wiecie:
na ulicach Barcelony sprzedaje się selfie sticki,
w Atenach bransoletki,
na Sycylii koce i chusty,
nad Bałtykiem oscypki,
a w Lizbonie narkotyki. 

Przedzieraliśmy się więc przez tłumy ludzi, słysząc co jakiś czas stłumiony głos dziwnie podejrzanych osób, proponujących szeptem good staff in the best price.
I gdy z jednej strony kelner zapraszał na kolację, z drugiej śpiewał uliczny grajek, a dziecko obok jadło ciastko, pośrodku tego wszystkiego, w samym sercu miasta, ktoś proponował nam haszysz.

NARKOTYKI W LIZBONIE SĄ LEGALNE

Ich legalizacja została wprowadzona w 2001 roku. Co ciekawe, ten zabieg zmniejszył podobno skale przestępstw, kradzieży i uzależnień. Co prawda handel nimi jest zabroniony, ale w praktyce wygląda to inaczej. Za posiadanie nikt nikogo nie zamknie, co najwyżej wyśle na leczenie, a Kydryński pisze tak:
Któregoś dnia, kiedy po raz setny cwaniaczki konfidencjonalnym szeptem zaoferowały mi hasz, marihuanę i kokainę, spytałem uprzejmie, czy nie zechcieliby pójść ze mną w tej sprawie na policję.
-Ależ chętnie – odparli – Policja to zwykle nasi najlepsi klienci!
Nie zdziwcie się więc, gdy na lizbońskiej ulicy, ktoś zaoferuje wam mocniejszą używkę niż kawa, wino i słodycze.

Wróćmy jednak na Rua Augusta

 

To tą bramę zaraz miniemy, by z portugalskiego deptaka sprawiającego złudne wrażenie, padającego chwilę temu deszczu, przenieść się do San Francisco i Rio de Janerio w jednym. I to bez pomocy trawki.

Praça do Comércio- to plac u brzegu Tagu, z którego rozciąga się widok na najdłuższy most w Europie, do złudzenia przypominający ten z USA, oraz na figurę Jezusa z otwartymi ramionami, która z kolei jest mniejszą kopią słynnego pomnika z Rio. 

To na tym placu czuliśmy chłodny powiew wiatru i to na tym placu ktoś znowu próbował wcisnąć nam haszysz. Odmówiliśmy, a później ta jedna rzecz ponownie kusiła i była wszędzie. Mijaliśmy ją w trzech kolejnych miejscach, aż w końcu chęć spróbowania czegoś nowego wygrała ze zdrowym rozsądkiem i staliśmy już przed sprzedawcą, nie mogąc zdecydować się co wybrać. Tyle tego było! Po krótkiej chwili wahania kupiliśmy najsłodsze ciastko w życiu. Po co komu haszysz, mając cukier oblany cukrem?
Portugalczycy uwielbiają słodycze, a szczególnie słodkie śniadania popijane kawą. Kawę pija się małą i mocną, pije się też galao. Galao jest to kawa zalana mlekiem, którą podaje się w szklance z długą łyżeczką.
I jeśli chcecie galao, proście o galao. My prosiliśmy o coffe with milk, w ten sposób odkrywając galao, jednak w innym miejscu po tych samych słowach podano nam zwykłą kawę z odrobiną mleka, która galao nie była :) 



PASTEIS DE NATA

Jeśli chodzi o słodycze, których spróbować trzeba, nie jest to ten słodki zlepek na zdjęciu wyżej. W Lizbonie słynne są inne ciasteczka sprzedawane w każdej kawiarni. Pasteis de Nata (inna nazwa to Pasteis de Belem), są to pyszne wypieki z ciasta francuskiego z budyniem w środku. Po raz pierwszy zrobiono je w Belem i właśnie tam, obok klasztoru Hieronimitów zjemy najlepsze.


Ale słodycze w Belem są tylko dodatkiem do tego co nas tam czeka. O pozostałych atrakcjach tej oddalonej od centrum dzielnicy następnym razem, bo wracamy do kulinarnej części miasta.

FANTASTYCZNY ŚWIAT PORTUGALSKIEJ SARDYNKI

W pobliżu placu Rossio mieści się najbardziej kolorowy i niezwykły sklep jaki widziałam. Już z oddali wyróżnia się swoimi barwami, więc bez trudu do niego traficie. Wchodząc do środka uderzyły we mnie cukierkowe światła i tak samo cukierkowe kolory. Czułam się trochę jak w cyrku, trochę jak w bajce. Z każdej strony otaczały mnie sardynki zamknięte w puszkach z różnymi datami na wieczku. Najstarsze z 1916 roku. Na opakowaniu oprócz daty wypisane były również najważniejsze wydarzenia oraz sławni ludzie, którzy w danym roku przyszli na świat. Sardynki oprócz opakowań niczym się od siebie nie różnią, a jedna puszka kosztuje 5 euro. Stojąc w centrum tego tuńczykowego świata miałam wrażenie, że brakuje tam tylko wielkiego klauna żonglującego konserwami. Kolejny raz więc spytam: po co komu haszysz?  ;-)

     
Sardynki w Portugalii mogą być pamiątką, przekąską, przystawką, albo obiadem. Podaje się je w najróżniejszych postaciach, nawet malując na kubkach. Taka już rola słynnej tu ryby. Bo obok dorsza, Lizbona sardynką pachnie. Wybraliśmy się więc do małej, schowanej między ulicami knajpki, by spróbować lokalnej kuchni. Zamówiliśmy grillowane sardynki i ryż z owocami morza. Do tego wino, niestety podano nam sangrię. Mało portugalsko, za to bardzo orzeźwiająco. Zostaliśmy źle zrozumiani, bo gospodarz przyjmujący zamówienie nie mówił po angielsku. Co z tego.. wszystko było świeże, smaczne i mało turystyczne. Właśnie o to chodziło.  
Restauracja nazywała się: Zebras do Combro i mieściła się na ulicy Calçada do Combro 51.


 

Gwar rozmów, spojrzeń, nieco ciasnych pomieszczeń. Spokojne popijanie wina przy restauracyjnej ladzie. Żywe dyskusje prowadzone przy małej kawie i słodkim ciastku. Niespieszne sączenie życia.
Portugalczycy są spokojniejsi, cichsi, mniej żywiołowi od Hiszpanów, czy Włochów. Trochę mniej otwarci. Bardziej melancholijni. Nie mniej życzliwi. Siadają w parkach i grają w karty. Chadzają wolnym krokiem pod strome wzniesienia. Dokonują rzeczy niemożliwych prowadząc samochody po stromych, wąskich drogach. Tworzą muzykę, która brzmi jeszcze długo po opuszczeniu miasta. Podają też słodką ginjinhe. Alkohol, którego będąc w Lizbonie napić się trzeba!

GINJA
W Porto trzeba spróbować Porto, w Lizbonie spróbujcie Ginjinhi. Jest to wiśniowa nalewka z dodatkiem cukru serwowana w trzech wersjach: z wisienką, bez wisienki, w kieliszku z czekolady, który zjada się po wypiciu. Uwaga, jest mocna.
Najlepsza i kultowa na: Largo de Sao Domingos 8, przy placu Rossio. 
   
A gdy już zjemy i wypijemy możemy ruszyć poznawać miasto, w nieco innej niż kulinarna odsłonie. No chyba, że gdzieś po drodze skuszą nas kasztany. 

 
Ewentualnie haszysz. 


My jednak idziemy dalej ;-)

You Might Also Like

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

[name=Kasia] [description=czytajswiat@gmail.com]