Theme Layout

Boxed or Wide or Framed

Theme Translation

Display Featured Slider

Featured Slider Styles

Display Trending Posts

Display Instagram Footer

Dark or Light Style

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Sponsor

Search Blog

Featured Slider

About Me

Popular Posts

About Me

Poleciałam do Barcelony, chociaż nie stać mnie na wczasy w Grudziądzu



Gdyby kilka lat temu ktoś mi powiedział, że będę podróżować dalej niż nad polskie morze, nie uwierzyłabym.
Ja? Totalne zero orientacji w terenie.
Ja? Myląca autobusy w swoim własnym mieście
Ja? Przecież ledwo mnie było stać na wczasy w Grudziądzu
Ja? Łamiąca język angielski na wszystkie możliwe sposoby
Wysiadłabym przecież z samolotu i płakała, nie wiedząc w którą stronę ruszyć. 

Jasne. 

Zagraniczne wyjazdy kojarzyły mi się zawsze z kolorowymi witrynami biur podróży, zachęcającymi do skorzystania z oferty last minute. Paryż, Włochy, Francja, wycieczka objazdowa po europejskich stolicach, All inclusive w Malezji, pięciogwiazdkowy hotel w Indiach. Bierz co chcesz w najniższej cenie, już od dwóch tysięcy za osobę! (Dokup tylko ubezpieczenie i wycieczki fakultatywne. Nie zapomnij o kilkudziesięciu euro w portfelu na drobne wydatki. Są to oczywiście opłaty dodatkowe, których nie musisz ponosić.  Przecież zawsze możesz zaryzykować życie w przypadku wypadku, cały wyjazd spędzić nad basenem, albo nie przywieźć pamiątek i żywić się tylko tym co podadzą w hotelu). I stałam sobie tak przed tymi witrynami, przeliczając pieniądze.

50 zł w portfelu, plus 8 zł w drobnych, plus 40 zł w domu, plus 80 zł w szufladzie, plus 200 zł oszczędności, plus trzy dni do wypłaty.  Hmm…, hmmm… doskonale! Jakbym teraz nie jadła  przez kilka miesięcy mogłabym polecieć za rok do Hiszpanii!!
 
Jak się domyślacie, pomysł ostatecznie upadł. 

I wracając tak sobie ze spożywczego z ciężkimi zakupami, od lat tą samą drogą, zerkałam ciągle na te witryny, sprzedające moje marzenia. 

Wtedy jeszcze myślałam, że bez przewodnika, zorganizowanego hotelu i grupowego przejazdu porwą mnie i zginę w obcym kraju. Wtedy myślałam, że inaczej się nie da… że to jest najtańsza opcja. 
Aż pewnego dnia, przeglądając facebooka wyświetliła mi się oferta. 300 zł za 4 dni w Barcelonie- z hotelem! Szybka kalkulacja, przeliczenie środków i okazało się, że mogłabym jeść i mogłabym pojechać. Tylko wszystko musiałabym zorganizować sama. Od kupna biletów lotniczych i zakwaterowania w hotelu, po ogarnięcie transportu publicznego i rozpisania trasy zwiedzania. 



I jak się domyślacie, pomysł ostatecznie został wprowadzony w życie. A jak to w życiu bywa, nie może być za łatwo, ani też za tanio bez żadnego haczyka.

W tej cenie samolot leciał z Katowic- żeby nie było za blisko mieszkam na Północy Polski
W tej cenie pokój nie przewidywał okien- widok na morze i świeże powietrze o poranku mogło więc się co najwyżej przyśnić
W tej cenie nikt też nie przewidział, że będziemy 5h błądzić po mieście z ciężkimi torbami, zanim trafimy do tego cudownego hotelu, biorąc ostatecznie taksówkę! (i uwierzcie, że po takim błądzeniu hotel zyskuje +100 do atrakcyjności, a opłata za podwiezienie + miliard do bólu, gdy miało się oszczędzać)
W tej cenie nie spróbowaliśmy nawet lokalnego jedzenia!! – bo Barcelona jest cholernie droga, a pieniądze wydaliśmy na taksówkę. Przez 4 dni jedliśmy więc kanapki. Z supermarketu. Za 2 euro. 

Było upalnie, niewygodnie, na dodatek w złych butach! Kanapki znudziły nam się już pierwszego dnia wieczorem, gdy czwarty raz jedliśmy je na główny posiłek. Wiele razy się gubiliśmy, robiąc dodatkowe kilometry. Do Parku Guell weszliśmy od drugiej strony wspinając się pod ogromne wzniesienie, podczas gdy kawałek obok znajdowały się ruchome schody. Nic nie było tak jak trzeba.  W myślach wspominałam piękną ulotkę biura podróży, z gwarancją WSZYSTKIEGO, czego nie miałam. Tylko, że… tego też bym nie miała. Stałabym przed tą witryną całe życie, nigdy nie wystawiając nosa poza Polskę, bo nie stać by mnie było na hotel pięć gwiazdek, SPA i zagwarantowane bułki na śniadanie. Stałabym i narzekała: ci to podróżują, ci to mają kasę.


Zapytacie pewnie jak bardzo mój wyjazd był zły.

Od początku do końca. 

Od podróży przez pół Polski do Katowic, po utknięciu w drodze powrotnej na dworcu w środku nocy- w każdej sekundzie.  Był zły i idealny.   

Bo musieliśmy dać sobie radę sami, a przez to poznaliśmy miasto, nie tylko będąc wożeni od jednego zabytku, do drugiego. Bo wyruszyłam w tą podróż już kilka miesięcy wcześniej, przygotowując się do niej i układając plan zwiedzania. Bo gdy zachwyciłam się widokiem z Tibidabo, nikt nie kazał mi wracać, i mogłam siedzieć tam tyle ile chciałam, patrząc z góry na miasto. Bo mój hotel był tak brzydki, że każdą chwilę spędzaliśmy poza nim, do późnej nocy pijąc tanie piwo na plaży. Bo przeżyłam i widziałam coś wspaniałego, czym zachwycam się do dzisiaj i będę zachwycać przez długie, długie lata. Bo Barcelona okazała się właśnie taka, jak ją sobie wyobrażałam- przepiękna, głośna, różnorodna.  A przede wszystkich, bo spełniłam marzenia i udowodniłam sobie, że jak się tylko chce, to można. Nawet bez pieniędzy.   


Tibidabo

Od tamtej podróży minęło już kilka lat, a ja tak naprawdę jeszcze z niej nie wróciłam, wciąż tanim kosztem podróżując po świecie.
Moja orientacja w terenie nadal jest równa zero
Nadal zdarza mi się wsiąść nie do tego autobusu we własnym mieście
Nadal walczę ze słabym angielskim
A na wczasy w Grudziądzu i tak mnie nadal nie stać

Postanowiłam tylko robić coś pomimo tego. Bo ograniczenia są zawsze. A czas nigdy nie jest idealny. 

Dzisiaj mijam witryny biur podróży, z tymi samymi zakupami, ale i z głową pełną wspomnień. Oferta wycieczki do Portugalii za 2500 zł jest nadal tak bardzo nieosiągalna, a ja z Lizbony wracam miesiąc temu. 

Bo w życiu można siedzieć, czekać i narzekać na niesprawiedliwość świata, albo można robić rzeczy po swojemu. Potrzeba tylko trochę odwagi.

You Might Also Like

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

[name=Kasia] [description=czytajswiat@gmail.com]